„Własne cztery ściany”

Jako, że wytypowałam 5 wierszy na konkurs poetycki, pozostały mi 3 wolne, które będę mogła opublikować na blogu. Cieszy mnie to, bo jestem z nich całkiem zadowolona. Oto jeden z nich. 🙂

Swoją drogą mogę ogłosić, że kopia bloga radośnie pomieszkuje już na innym serwerze, a adres do niego podam tutaj gdy tylko sytuacja na serwerze się ustabilizuje, bo napotkałam problemy techniczne. Rozpoczęłam już tłumaczenia notek, jako że blog będzie dwujęzyczny (w przyszłości – trzyjęzyczny ;)). Nie jest to łatwe zadanie, bo chcę wypośrodkować zachowanie rymów z zachowaniem dokładności przekładu, ale staram się jak mogę i mam nadzieję, że jako-tako mi to wyjdzie. Także cierpliwości, niedługo przenosiny. 😉

***

Po życia meandrach stąpają zagubieni,
błądzący, ślepi, głusi, nieusprawiedliwieni,
usta w niemym pytaniu poruszane wciąż:
kim dla świata jestem siostra, córka, żona, mąż?

Promienie słońca myśli palą im karki,
śpiewne melodie udręki wygwizdują kanarki,
lazur nieba smutku przygnębia ich dusze,
a strop chmur się wali, wypełniając katusze.

Krople deszczu problemów spływają po twarzy,
błysk pioruna gniewu niepewne oczy razi,
grzmot zazdrości wielkiej uderza ich myśli,
a burza złorzeczeń nadejdzie, burza się przyśni.

Huragan agresji przetoczy się przez burzę,
pożar nieufności zostawi ślad w naturze,
powódź niechęci zaleje wszystko wokół,
a trzęsienie ziemi zguby oszczędzi tylko pokój;
własne cztery ściany.

„Krąg Zaufania” cz. 4

Cześć czwarta mojego opowiadania. Za jakieś 2-3 tygodnie kolejna… no i czas zacząć pisać na bieżąco. Może jeszcze wcisnę w międzyczasie jakieś mniejsze opowiadanko. 🙂

***

Mało było miejsc, do których mogłabym udać się w razie większych problemów. Właściwie istniały tylko dwa: teatr i kino. Jedyne warte uwagi obiekty w tym mieście. Jako, że odwiedziłam teatr całkiem niedawno, a zatęskniłam za dobrym filmem, wybrałam to drugie. Szczęśliwie się złożyło, gdyż akurat dziś rozpoczynali jeden ze swoich wielu maratonów. To oznaczało chociaż chwilę wytchnienia.

Na kasie biletowej dostrzegłam nieznajomą dziewczynę. Najwyraźniej zatrudnili kogoś nowego, bo zupełnie jej nie kojarzyłam. Miała przeraźliwie smutną twarz. Pod jej oczyma malowały się niezbyt dobrze rokujące cienie. Kaskada opadających jej na ramiona loków w kolorze pszenicy nieco ratowały całą sytuację. Gdyby nie paskudne cienie, ze swoimi delikatnymi rysami twarzy i cudownie orzechowymi oczyma wyglądałaby jak porcelanowa laleczka. Zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Chociaż rysy jej twarzy były naprawdę ciekawe i nic innego nie budziło zastrzeżeń, bardzo zaniepokoił mnie także wyraz jej oczu. Był pusty i promieniował nieznanym żalem do świata. Martwe oczy. Czy to mi czegoś nie przypominało? Czułam, że ta dziewczyna jest mi niezwykle bliska, pewnie z powodu łączących nas podobieństw. Ludzie mogli udawać naprawdę długo i wyjątkowo skutecznie, ale jedno zawsze ich zdradzało. Były to oczy. To właśnie po nich można bez większego problemu poznać, jak miewa się dany człowiek. Gdy dostrzeżemy już prawdziwie szczęśliwą osobę, bez wahania zaczniemy zauważać różnice. Spojrzenie ludzi zadowolonych z życia słało światu tysiące iskierek, jak gdyby emanowały światłem. Tego nie dało się pomylić z niczym innym na świecie, to było po prostu czuć.

Bileterka bez najmniejszej wątpliwości przeżywała wewnętrzne rozterki. W jej oczach niemal lśniły łzy, jeszcze bardziej uświadamiając mnie o jej żałosności. Zrobiło mi się jej niewypowiedzianie żal. Wpatrywała się w kant stoliczka, jak gdyby nie miała już sił na cokolwiek. Wydawała się szukać celu w życiu, bezskutecznie. Wątpiłam, by miała znaleźć je w kawałku drewna. Rzecz jasna, nie mogłam tak tego zostawić. Zamierzałam ingerować. Może właśnie dlatego, że sama nie miewałam się najlepiej? W ten sposób pomagałam nie tylko jej, ale i samej sobie. Ostatecznie, człowiek jest przecież niczym innym jak zwierzęciem stadnym.

Podeszłam do kasy dziwnie rozweselona. Jeszcze chwilę temu moje życie było tak samo beznadziejne jak zwykle. Ta dziewczyna sprawiła jednak, że przestałam czuć się samotna. To dziwne, ale chciałam jej się za to odwdzięczyć.

– Czyżby mało chętnych? – spytałam, doskonale wiedząc, że o tej porze lata właściwie wszyscy wyjeżdżali z naszego nieszczęsnego miasteczka. Nie było specjalnie wielkie, ani nawet okazałe. Mogliśmy pochwalić się co najwyżej pełnym barokowego przepychu teatrem. Cała reszta była po prostu skromna, a w obecnych czasach o wiele atrakcyjniejsze wydawały się ludziom wyjazdy ku zachodniej części Europy. Tamtejsze klimaty wabiły turystów jak światło ćmy. Trudno więc było się dziwić, że w mieście niewiele się działo.

Dziewczyna spojrzała na mnie bez większego zainteresowania, zdawkowo kiwając głową. Nie dziwiłam się ani trochę. Zadałam typowo szablonowe pytanie, którym ludzie operowali w momencie, gdy sami nie wiedzieli, co właściwie powinni powiedzieć. Zupełnie jak gdyby nie było tych setek zgoła odmiennych tematów, niekoniecznie tyczących się obecnego stanu pogody. Mimo to, wciąż je zadawali. Nadzwyczaj ludzkie.

– Słuchaj, nie chcę, by to głupio zabrzmiało, ale widzę, że obie mamy nadzwyczaj parszywy humor. Odnoszę dziwne wrażenie, że jesteśmy w stanie wzajemnie sobie pomóc, a i tak nie sprzedasz pewnie więcej biletów. Może więc pójdziemy na ten maraton razem? Swoją drogą, jestem Laura – powiedziałam z najżyczliwszym uśmiechem, na jaki tylko mogłam sobie pozwolić. Sama dziwiłam się, jak bardzo potrafię być miła. Czyżbym była taka od zawsze? Będąc w domu, nigdy nie mogłam sobie na to pozwolić. Zatęchłe mieszkanie odbierało mi wszelkie siły, rutyna powoli uśmiercała, a problemy piętrzyły się w nieskończoność. Będąc tak zabarykadowanym trudno na powrót stać się wesołym człowiekiem.

Reakcja bileterki bardzo mnie zaskoczyła. W jej oczach zapalił się płomyk nadziei, jak gdyby sama od dawna oczekiwała towarzystwa, ale nie potrafiła zrobić ku temu kroku. Na jej twarz wpłynął niemal wzruszający, pełen rozbrajającej szczerości uśmiech. Chyba nikt od dawna nie zaproponował jej czegoś takiego.

Tak też rozpoczęła się nasza znajomość. Na imię było jej Sandra. Jak później się okazało, jej problemy nie były mi obce. Była typowym dzieckiem alkoholika. Jej rodzice rozwiedli się dawno temu, a ojciec i tak był nienajlepszym kandydatem do roli rodzica. Właściwie sam dobrowolnie zrzekł się praw do dziecka, pozostawiając Sandrę na pastwę mało przyjemnej alkoholiczki. Jej matka zaglądała na dno butelki przy każdej możliwej okazji, niekiedy przepijając całe swoje pieniądze. Alimenty, które uiszczał ojciec, były na tyle żałosne i nieregularne, że zwyczajnie nie pozwalały na choćby skromne życie. Dlatego też Sandra, szturmowana przez własną matkę, w desperacji zaczęła chwytać się każdej możliwej pracy. Roznosiła gazety, pracowała w warzywniaku, a nawet sprzątała, ale nawet to niewiele jej dawało. Matka nie ułatwiała sprawy, szantażując ją i wykorzystując dobroć serca córki, aby przepić kolejne pieniądze. Tyle tylko, że na tym problemy Sandry się nie kończyły. Matka nie tylko wyłudzała od niej pieniądze i traktowała jako tanią siłę roboczą, ale i regularnie bawiła się jej wątłą psychiką, doprowadzając do całkowitej niestabilności. Jednego dnia obsypywała ją wszystkimi możliwymi komplementami, chwaliła wyjątkowo dobre wyniki w nauce, by zaraz potem wyzywać ją od najgorszych pod pretekstem rzekomo włączonego piekarnika lub przesadnego podobieństwa do ojca. Szkoda tylko, że do większości z tych rzeczy doprowadzała sama, w swej alkoholowej schizofrenii zapominając o wcześniej zaczętej czynności. Obwiniała ją o rzeczy, na które Sandra zwyczajnie nie miała wpływu, robiąc jej z mózgu galaretę. Mogłam jedynie domyślać się, co musiała przecierpieć i jakie spustoszenie pozostawiła w jej głowie matka.

Zastanawiacie się może, jak to możliwe, że tyle dowiedziałam się o człowieku w zaledwie kilka godzin? Zdziwilibyście się, jak bardzo zbliżają do siebie ludzi podobne problemy. Czasem wystarczy rozejrzeć się wokół; wykończona matka z dzieckiem, siedzący obok nas w autobusie chłopak, melancholijnie wyglądający za okno, czy siedząca na ławce w parku, pozornie zobojętniała dziewczyna. Wszyscy oni mogą mieć jakieś problemy. Niekiedy mijamy ich, nawet o tym nie wiedząc, a niekiedy spora część z nich potrzebuje (wbrew pozorom!) kogoś, komu może się wyżalić. Czasem nie słyszymy wołania o pomoc. Robiąca sobie krzywdę dziewczyna ze szkoły, zbuntowany nastolatek z sąsiedztwa, apatyczna kobieta mijająca nas na przystanku. Próbują zwrócić na siebie uwagę, niemal krzyczą, ale nikt nie jest w stanie ich usłyszeć. Dlaczego? Bo zwyczajnie tego nie chcemy. Nie przyjmujemy do wiadomości nieszczęścia bliskiej osoby, być może nawet powodowanego nami, niewystarczająco skupiamy się na tych krzykach, lub po prostu nauczono nas, by nie wtrącać nosa w nieswoje sprawy. Możemy bać się zemsty, bądź reakcji rodziny. Panująca wokoło znieczulica powinna być piętnowana. Nie ma bowiem nic bardziej mylnego od przeświadczenia, że człowiek pozostawiony samemu sobie zdoła w pojedynkę stawić czoła swoim problemom. Na to nigdy nie ma gwarancji.

Nawet nie wiemy, jak bardzo może odmienić czyjeś życie z pozoru zwykły uśmiech, lub po prostu zwyczajna uprzejmość. Ludzie powinni wzajemnie sobie pomagać, w końcu stanowimy społeczność. Odpowiedzmy sobie na pytanie: ilu właściwie osobom w ciągu całego życia pomogliśmy, a ile ominęliśmy szerokim łukiem? Odpowiedź może zdać się szokująca.

Ten dzień był dla mnie wyjątkowo radosny. Moje i Sandry problemy niewyobrażalnie nas do siebie zbliżyły. Wydała się kimś, kogo znam od bardzo wielu lat, choć poznałyśmy się zaledwie chwilę temu. Obie potrzebowałyśmy powiernika, a potok słów wypłynął z naszych ust niemal zaraz tuż po wejściu na salę kinową. Na szczęście mogłyśmy sobie na to pozwolić – oprócz nas i grupy przyjaciół po przeciwległej stronie na sali nie było nikogo.

Na maratonie dotrwałam do samego ranka. Pożegnałam się z Sandrą trochę wcześniej, gdyż koniecznie musiała wracać do domu. Kończyła swoją zmianę, a matka wszczynała piekło za choćby pięciominutowe spóźnienie. Biedna Sandra nigdy nie wiedziała, w jakim nastroju będzie danego dnia matka. Przypominało to trochę rosyjską ruletkę. Nigdy nie była pewna, czy lada chwila nabój nie okaże się prawdziwy i czy nie przestrzeli sobie skroni.

Ja natomiast po gwałtownym powrocie do szarej rzeczywistości równie gwałtownie straciłam humor. Zaczęłam zmagać się z nieubłaganą wizją powrotu do domu. Kolejne wyrzuty matki, znów widok rozsypanego w gruz ojca, zatęchły smród mieszkania, niewyobrażalna ciasnota i świadomość zastoju. Na samą myśl mój żołądek objęły dreszcze, a jego treść niemal podeszła mi do gardła. Ostatnio wcale nie czułam się dobrze. Za objawami psychicznymi krok w krok dreptały problemy natury fizycznej. Czytałam gdzieś, że depresja i nerwica mogą wywoływać cały wachlarz nieprzewidzianych skutków, które zwykle przypisujemy najróżniejszym chorobom. Odpowiedź natomiast może leżeć bliżej niż sądzimy.

Opuściłam salę, udając się w stronę toalety. Fala mdłości nie przechodziła, a nawet nasilała się z każdą chwilą. Świat zaczął wirować, wszystko nagle wydało się dziwnie nierzeczywiste. Co się ze mną działo? Wątpiłam, by zaszkodziło mi kinowe jedzenie, załatwione z baru dzięki uprzejmości Sandry. Ona zjadła tego znacznie więcej, a nie wyglądała jakby źle się czuła. Byłam chora?

Wskoczyłam do kabiny, uderzając plecami o jej wewnętrzną ściankę. Przez chwilę myślałam, że zemdleję, ale tak się nie stało. Świat wciąż wirował, jak po dzikiej przejażdżce diabelskim młynem. Słyszałam każde, najmniejsze uderzenie serca, pulsującą na szyi aortę, a nawet ledwo słyszalne migotanie łazienkowej świetlówki. Dźwięki rozsadzały moje uszy, kolory mieszały się, rażąc oczy, a rzeczy zmieniały kształty. Przez chwilę byłam gotowa przysiąc, że znalazłam się w zupełnie innym miejscu.

Myliłam się. Nic nie uległo zmianie. Wciąż byłam w tym samym miejscu, a wszelkie objawy ustąpiły. Zszokowana nagłym biegiem wypadków, wyszłam z toalety, ostrożnie podchodząc do umywalek. Od razu przemyłam twarz lodowatą wodą, tuż po tym zerkając w lustro. Ledwo powstrzymałam cisnący się na usta krzyk.

To musiała być jakaś pomyłka. Coś w rodzaju ukrytej kamery, z całą pewnością. Nikt jednak nie wyskoczył zza rogu, powiadamiając mnie o zmyślnym żarciku. Byłam w pomieszczeniu sama jak palec. Ja i kobieta z lustra, która zwyczajnie nie mogła być mną.

Wytężyłam wzrok, ale to nic nie dało. Wciąż widziałam to samo – wyższą ode mnie o dobre dziesięć centymetrów, jasnowłosą kobietę o twarzy godnej prawdziwej gwiazdy kina, przesyconej zresztą seksapilem. Miała na sobie czarną, obcisłą koktajlówkę i niebotycznie wysokie obcasy, jakby lada moment miała wybrać się do klubu.

W żadnym razie nie przypominała mnie. Tylko oczy… oczy wciąż poznawałam. Te same, intensywnie cyjanowe tęczówki, przywodzące na myśl lodową krę. Tak, to bez wątpienia były moje oczy. Oczy, pomimo swego koloru, smutnej, znużonej życiem dziewczyny.

Z przerażeniem odnotowałam, że nie tylko lustro zwodziło mnie na manowce. Kiedy chwyciłam w rękę pukiel swoich włosów… swoich blond włosów, już wiedziałam, że to wcale nie jest żadna ukryta kamera. Byłam nią, a ona była mną. Tylko oczy sprawiały, że byłyśmy do siebie podobne. Jak to było możliwe? Jakim cudem byłam kimś zupełnie innym? Czułam, jak wzbiera we mnie panika.

Moją głowę jak strzała przeszyła pojedyncza myśl. Wybiegłam z łazienki najszybciej, jak mogłam i na tyle, na ile pozwalały mi ośmiocentymetrowe obcasy. Chciałam poznać odpowiedzi na to i wiele innych pytań. Zasługiwałam na nie. Natomiast jedyną osobą, która mogła zaspokoić głód mojej wiedzy, był tajemniczy rudzielec, zamieszkujący nieprzyjemną ruderę. Niezależnie od kosztów, zamierzałam wyciągnąć z niego informacje. Nawet za cenę własnej dumy. W końcu miałam tam nie wracać.

„Nienawiść”

Równie krótko, co poprzednio, ale mam nadzieję – treściwie. 😉 W końcu to „moc myśli niekoniecznie złotych”. Za tydzień natomiast – kolejna część opowiadania.

***

Niszczyć, strawić
płomieniami, bawić
się uczuciami, łżeć
byle uciechę mieć.

Przekręcić i wbić
nóż, poddusić, ryć
paznokciami po twarzy
wszystko się może zdarzyć.

„Asocjacje”

Tym razem z lekka futurystycznie. Napisane jeszcze za czasów liceum, gdy uczęszczałam na kółko literackie. Pozostaje coraz mniej poezji wartej umieszczania na blogu, pomijając, że i tak robię mocny przesiew. Wynika z tego, że w końcu wypadałoby rozprostować palce w kościach i napisać coś nowego.

Dla ludzi, którzy czekają na dalszą część opowiadania – myślę, że dam ją jakoś za dwa tygodnie. Po mału zacznę pisać też ciąg dalszy, a może nawet jakieś nowe? Trzeba będzie. 😉

***

Ludzie. miasto. masa. maszyna.
koło. samochód. pedał. sprężyna.
brzdęk żżż silnik auta rzęzi
konie mechaniczne turkoczą na uwięzi
maska. pod nią. stuka. stuk. stuk
odgłos za odgłos zwala wnet z nóg
BUM dudnienie, łomot i brzdęk
buczy i syczy nagle już pękł
zbiera się krzyczy wyje i wrzeszczy
maska a pod nią dzwoni i trzeszczy
szumi i bucha DYYYŃ! — Coś się stało!
Wnet wysadziło, w środku zawrzało.

„Krąg Zaufania” cz. 3

Kolejna część opowiadania, nieco krótsza. Bez zbędnego przedłużania życzę miłej lektury! 😉

PS. Być może przeniosę niedługo bloga na odrębny serwer i potłumaczę co nieco, a żeby i była wersja anglojęzyczna. Ciężkie zadanie (szczególnie przy poezji!), ale spróbuję. Zobaczymy jak wyjdzie. Życzcie mi powodzenia! 😀

***

Nie wiem jak długo biegłam. Ze znacznego upływu czasu zdałam sobie sprawę dopiero w momencie, gdy zabrakło im tchu. Wokół było coraz ciemniej, a większość ludzi zdążyła już wrócić do domów. Jedynie ja, wciąż jeszcze będąc zdezorientowana, stałam na środku ulicy i zastanawiałam się, co właściwie mnie spotkało. Raz po raz pytałam samej siebie czy to jawa, czy może sen. Pozostawało tylko głuche, mało satysfakcjonujące milczenie.

Jakim cudem ten facet znał moją każdą, najskrytszą myśl? Zawsze sądziłam, że pierwsze skrzypce mogą w tym grać jedynie x-meni, czy liga sprawiedliwych. Było to jak najbardziej uzasadnione, bo stanowiło jedynie fikcję literacką, efekt czyjejś bogatej wyobraźni. Nikt natomiast nie spodziewał się takich cudów w prawdziwym życiu. Wątpię nawet, by tego chciał. Ludzie nie lubili czuć się zagrożeni, dlatego odruchowo spychali takie zjawiska jak duchy, czy nadprzyrodzone moce w głąb swojej podświadomości. Zwykle nie musieli już więcej tego wygrzebywać. Odchodzili z tego świata w błogim przeświadczeniu, że niezwykłe rzeczy nie istnieją. Co natomiast działo się z tymi, którzy się z tym zetknęli? Obawa przed „innością” była zakorzeniona w społeczeństwie na tyle mocno, że brano ich za wariatów. Tylko, że ja nie czułam się jak wariatka. Tak jak większość nie chciałam jednak przyznać przed samą sobą, że to, co widziałam, było jak najbardziej realne. Łudziłam się, że zwyczajnie omyłkowo wypowiedziałam swoje myśli na głos, lub rudzielec wyczytał je z mojej twarzy. Czy to możliwe?

Gwałtownie potrząsnęłam głową. Nie. Wiedziałam dobrze, że niczego takiego nie zrobiłam. Ufałam swoim zmysłom, więc mężczyzna musiał po prostu być naprawdę dobry w te klocki. Pewnie grał zawodowo w pokera, albo był utalentowanym psychologiem. Nie mogło być inaczej.

Ta myśl nieco mnie uspokoiła. Znów powróciłam do przeświadczenia o zwyczajności tego świata, tak jak robią to wszyscy normalni ludzie. Dzięki temu mogłam pozbierać myśli i zacząć prawidłowo funkcjonować. Czas mnie naglił, ruszyłam więc w drogę powrotną do domu. Tym razem wydał mi się on dziwnie kojący, niczym oaza po długiej i żmudnej wędrówce po pustyni. Czy to jednak nie była przypadkiem fatamorgana?

Na moje nieszczęście, tuż po wejściu do domu zastałam czekającą na mnie matkę. Po jej minie wywnioskowałam, że nie jest zbytnio zachwycona.
– Laura, gdzieś ty się podziewała?! Odchodziliśmy już z ojcem od zmysłów! – wybuchła, patrząc mi prosto w oczy. Próbowała zapewne wzbudzić moje wyrzuty sumienia.
Zerknęłam jej przez ramię, dostrzegając śpiącego na kanapie ojca. Po czerwonej jak burak twarzy nie mogłam dojść do wniosku innego niż fakt, że znajduje się w zaawansowanym stanie upojenia alkoholowego. Matka jak zwykle była przekonana o normalności naszej rodziny, kompletnie tego nie zauważając.

– Byłam w teatrze – skłamałam, nie chcąc wywoływać wilka z lasu. Wiedziałam jednak, że na to za późno. Wilk był już solidnie rozjuszony i bardzo, bardzo głodny.

– To nie zwalnia cię z obowiązku użycia telefonu i uprzedzenia nas o tym! – odparła niezwykle chłodno. Przez dłuższą chwilę toczyłyśmy bitwę na spojrzenia. Doskonale wiedziałam, że jestem z góry skazana na porażkę, ale to nie przeszkadzało mi próbować. Matka zawsze chciała, by wszystko mieściło się w jej porządku dnia. Jeśli coś wyraźnie od niego odbiegało, rozpętywała prawdziwe piekło. W związku z tym nie zamierzałam łatwo się poddać.

– W czasie trwania spektaklu nie mogę mieć włączonej komórki. Poza tym nigdy nie przywiązywaliście większej uwagi do tego, gdzie aktualnie przebywam. Ciągle nie ma cię w domu – odpowiedziałam w końcu, z nieprzeniknioną obojętnością na twarzy. Nawet gdyby bardzo się starała, nie byłaby w stanie odgadnąć, co kłębiło się w mojej głowie. Może lepiej dla świata, że nikt nie dysponuje telepatią?

– Co ty wygadujesz? Dobrze wiesz, że muszę pracować, aby utrzymać naszą rodzinę. Ojciec cię pilnuje, jest przecież często w domu – mówiła coraz bardziej wzburzonym tonem. Nie miałam już wyjścia, musiałam brnąć w to dalej.

– Ojciec od dawna nie jest w stanie nawet ruszyć się z kanapy. Chyba, że pilna potrzeba zerknięcia na dno butelki akurat zaprowadzi go do baru. Doskonale o tym wiesz, mamo – odparowałam natychmiastowo, nawet nie dając jej szansy na dalszy atak. Jej twarz powoli przybierała kolor intensywnej czerwieni, który mógł oznaczać jedynie zbierającą się w niej, niepohamowaną wściekłość. Na skroni niemal pulsowała jej żyła. Utkwiła we mnie rozbiegane spojrzenie osoby, która została skutecznie zbita z pantałyku. Wiedziałam, że lada chwila przejdzie do kolejnego etapu. Zawładnie nią panika, jak zwierzę zapędzone w pułapkę. Stopniowo docierała do niej świadomość otoczenia. Świat, który tak perfekcyjnie budowała przez ostatnie lata, właśnie rozlatywał się na drobne kawałeczki. Burzyłam wszelki porządek, wprowadzałam dysharmonię. Musiałam zostać natychmiast ukarana.

– Twój brat nigdy nie powiedziałby czegoś takiego. – Te słowa wbiły się we mnie jak tysiące odłamków szkła. Mogłabym nawet przysiąc, że bolało tak samo. Jej ostatni bastion, jedyny właściwy argument. Słowa, które zniszczyły mi życie i deptały po piętach niczym ponury cień. Fatum, z którego destruktywnego działania matka nie zdawała sobie sprawy. Znosiłam to dostatecznie długo. Tym razem nie zamierzałam podkulić ogona i wycofać się w kąt. Czułam narastającą agresję, niemalże wysadzającą w powietrze moją głowę i żyły. Palce kurczowo zacisnęły się, a paznokcie wbiły w delikatną skórę dłoni. Mimowolnie zaczęłam szybciej mrugać. Taki mechanizm skutecznie odpędzał widmo łez, które byłyby teraz niemile widziane. Musiałam godnie stawić jej czoła. Żadnych więcej plam na honorze. Żadnej słabości.

– Ale Roberta już z nami nie ma. Ty jednak wciąż przywołujesz jego wspomnienie. Na dodatek zachowujesz się, jakby wszystko było w porządku. Tyle tylko, że nie jest. I zapewne nigdy nie będzie. Widzi to każdy, ode mnie zaczynając, na naszych sąsiadach kończąc. Nie można sprawiać pozorów ani udawać czegoś, czego zwyczajnie nie ma. Mamo – zaakcentowałam ostatnie słowo, nadając całości ironicznego wydźwięku. Wiedziałam, że będę jeszcze żałować tych słów. Tak naprawdę nigdy nie chciałam zaburzać jej własnego porządku świata, ale byłam prawdopodobnie jedyną osobą dorosłą w tym pomieszczeniu. Musiała zrozumieć, że czas wybudzić się z tej pozornej sielanki. Niestety, tak jak się spodziewałam, nie zrozumiała mojego przekazu. Za to jej szczęka wyraźnie zacisnęła się w przypływie gniewu.

– Jak śmiesz! – wykrzyczała mi w twarz. Złamałam niepisane prawo tego domu. Wypowiedziałam imię zmarłego brata. Wiedziałam, na co się porywam. Nie sądziłam jednak, że cała ta paranoja zabrnęła tak daleko. Dalsza dyskusja zwyczajnie nie miała sensu. Z galopującym sercem za towarzysza, odwróciłam się na pięcie i czym prędzej opuściłam progi mieszkania. Z klatki schodowej słyszałam jeszcze desperacki krzyk matki. Rozkaz, wracaj. Tak właśnie to brzmiało. Komenda, polecenie, nie prośba. Nie akt troski o uciekającą z domu córkę. Bardziej martwiła się o swego zmarłego już syna. Mogłabym się założyć, że gdyby miała taką możliwość, chętnie zamieniłaby nas miejscami. Dlatego też nie miałam najmniejszego zamiaru spełniać jej zachcianek. Nagle dom na powrót stał się dla mnie synonimem wszystkiego, co złe. Nie powiem, że to nowość. Przywykłam. Po prostu.

„Rychłe Jego nadejście”

Tym razem poezja w klimacie fantasy. 😉

Wracając do matur: mam nadzieję, że wszystkim poszło dobrze! Ja w każdym razie raczej nie mam sobie nic do zarzucenia. Trzymam kciuki za nadchodzącą rekrutację, obyście się dostali tam gdzie sobie wymarzycie. 🙂

A za tydzień (w niedzielę, jak to zwykle) kolejna część opowiadania „Krąg Zaufania”!

***

Zapadał mrok na świecie,
brał Go w swoje objęcia,
smagały Go zamiecie,
znane ze swego zacięcia,
lecz On był niestrudzony,
naprzód parł nieugięcie,
poprzez burze i gromy,
z mieczem oraz zaklęciem,
wieszczył cichy szczęk zbroi,
że ów Woj już nadchodzi,
co się niczego nie boi,
pośród zła śmiało brodzi,
stawia czoła potworom,
nieumarłym, bandytom,
bestiom i wszelkim zmorom,
dziwom i podłym bytom,
nie oczekując niczego,
albowiem Mąż to skromny,
nie znajdzie nikt lepszego,
z duchem równie niezłomnym,
który mu nie pozwoli,
uciec od przeznaczenia,
dążąc bezwiednie, powoli,
do Złego wytępienia,
pustoszącego nasz kraj,
królestwo, ojczyznę,
dom, kolebkę i raj,
dominium, ojcowiznę.

„Uczuć intensywność”

Bohaterem dnia dzisiejszego są… tyndyryndy, emocje! I poszczególne ich stadia. Albo cokolwiek sobie wymarzycie, bo, jak wiadomo, jedyna i słuszna interpretacja to zło i boli przez całe życie ]:->. Szczególnie na maturze.

A skoro o maturze mowa – trzymam kciuki za wyniki tegorocznych maturzystów, w końcu to już za parę dni. Potrzymajcie też za mnie, przyda się. Wiele już raczej nie zmienimy, ale wciąż możemy żywić nadzieje. 😀

***

Spotkać, ujrzeć, usłyszeć, czuć.
Zaznać, poznać, zaznajomić.
Polubić się, marzenia snuć.
I coś sobie uświadomić.

Czcić, uwielbiać i podziwiać.
Zachwycać się — fascynować.
Dziwić oraz zaskakiwać.
Zakochać się — adorować.

Zgodzić się i rację przyznać.
Sprzeczać, droczyć się — wykłócać.
Niechęć czuć, nienawiść wyznać.
Wyprzeć się — wyzwanie rzucać.

Mieszać, spieniać, mącić, kłębić.
Wzburzać, zniszczyć i stratować.
Męczyć, nękać oraz gnębić.
Mknąć, najeżdżać, atakować.

Przypalić, zetlić, spalić, spiec.
Smagnąć, łupnąć, sieknąć, zdzielić.
Uciekać, śpieszyć, sunąć, biec.
Skatować, zatruć, w końcu strzelić.

„Krąg Zaufania” cz. 2

Sesji ciąg dalszy. Idzie dobrze. Choć człowiek już wygląda wakacji czekających za rogiem. Czego to się w tym czasie nie zrobi… 🙂

Jeśli ktoś czekał na kontynuację umieszczonego przeze mnie wcześniej opowiadania, właśnie się doczekał. Życzę miłej lektury i, jak zwykle, jestem otwarta na wszelką krytykę.

***

Tej nocy miałam sen. Niezwykle realistyczny, choć do granic możliwości naszpikowany sytuacjami, które zwyczajnie nie mogły mieć miejsca. Byłam wszędzie, mogłam być każdym. Poczucie siły, jakie mnie wypełniało, było praktycznie nie do opisania. Czy nie tego właśnie chciałam? Możliwie jak najczęściej uciekałam od swojego życia, desperacko pragnąc być inna, niż jestem. Życie innych zawsze wydawało się ciekawsze. Odległe od mojego, skrajnie idealne. Nie byłam w stanie komukolwiek dorównać. Nawet gdybym była, najpewniej wzniosłabym poprzeczkę wyżej. Jak zawsze – nigdy dość perfekcyjnie.

Poczucie siły znikło jednak równie szybko, co się pojawiło. Zamiast tego moje ciało zaczęło się rozmywać, nabierając dziwnych, nieregularnych kształtów. Nie miałam nad tym kontroli. Panika zajęła moją głowę niczym paskudne choróbsko.

W tym właśnie momencie obudziłam się. Nie wiedziałam, jak długo spałam, ani czy wrócił ojciec. Za to strach dławił mi gardło. Postępująca fala mdłości zmusiła mnie do wygramolenia się z łóżka i wejścia do łazienki.

W zawieszonym nad umywalką lustrze ujrzałam najzwyczajniejszą dziewczynę na świecie. Uspokoiłam się nieco. Czyżbym sądziła, że ujrzę tam potwora? A jeśli nie, to dlaczego poczułam dziwne ukłucie zawodu?

Raz jeszcze spojrzałam w lustro. Wyglądałam naprawdę mizernie. Od ponad tygodnia pod moimi oczyma malowały się cienie. Skóra, najpewniej przez chwilowy atak mdłości, była bledsza niż zwykle. Nawet kruczoczarne, puszyste dotąd włosy, wydały się dziwnie cienkie i przetłuszczone. Oczy za to pozostawały niezmienne. Tak samo zobojętniałe, przejmujące, jak gdyby studnie bez dna, w których utknął błagający o pomoc człowiek. Można powiedzieć, że dosłownie, bo barwą przypominały ową wodę ze studni. Ich wyraz nadawał mojej owalnej twarzy i tak już wystarczająco żałosnego wyglądu.

Nie mogłam tak tego zostawić, dlatego też spróbowałam doprowadzić się do porządku, biorąc szybki prysznic. Moje włosy i skóra choć trochę nabrały wyrazu. Dopiero wówczas wybiegłam z domu.

Droga do wspomnianych na ulotce warsztatów była dłuższa niż sądziłam. Zajęło mi to dobrą godzinę. Ku mojemu zdziwieniu, pytając przy okazji kilku (jeśli nie kilkunastu!) przechodniów, po raz trzeci wylądowałam przed zdemolowanym budynkiem. Nie mogłam wierzyć własnym oczom. Niemożliwe, by to tu miały miejsce zajęcia. Budynek, niezwykle posępny i zarazem zupełnie pozbawiony życia, zapewne od dawna nie nadawał się do użytku. Mimo to, wiedziona podejrzanym przeczuciem, ruszyłam naprzód, przeskakując przez zardzewiałe ogrodzenie i docierając pod same nadkruszone zębem czasu drzwi.

Nie powiem, że nie miałam stracha. Skłamałabym, chcąc temu zaprzeczyć. Wszystko wyglądało jak potencjalna kryjówka handlarzy narkotyków, gwałcicieli, morderców i całej reszty marginesu społecznego, którego należało się obawiać. Ale, spójrzmy prawdzie w oczy, co miałam do stracenia? Nacisnęłam na klamkę, choć mój umysł otwarcie ze mnie kpił.

Jakże się zdziwiłam, gdy drzwi stanęły przede mną otworem. Zrobiłam się jeszcze bardziej nerwowa. Przekroczyłam próg drzwi, oczekując najgorszego. Było w tym jednak coś dziwnie ekscytującego. Prawdziwy dreszczyk emocji…

W takim stanie dobrnęłam aż do samego centrum pomieszczenia, które sprzed śmierci rudery zapewne zwane było holem. Właściciele musieli lubić duże przestrzenie, miejsca było wręcz w nadmiarze. Na końcu holu rozgałęziała się para niestabilnie wyglądających schodów, które całości budynku nadawały nieco burżujskiego charakteru. Lata świetności ten dom miał jednak dawno za sobą. Wokół zaś nie było nawet żywego ducha.

Zawiedziona, zaczęłam wycofywać się z budynku, żałując zmarnowanego czasu. Właśnie wtedy do moich uszu dotarło skrzypienie starych desek i wyraźnie narastający odgłos kroków.

Spóźniłaś się. – Po holu rozniósł się chłodny, choć podejrzanie zachęcający głos. Jak na komendę odwróciłam się, dostrzegłszy na szczycie schodów wysokiego rudzielca o przenikliwym spojrzeniu. Miał na oko trzydzieści lat.

O czym ty mówisz? Nie znam cię. Miałam tu przyjść na warsztaty teatralne, ale najwyraźniej pomyliłam adresy – odpowiedziałam nieznajomemu, ostrożnie wycofując się ku wyjściu. Facet najpewniej był wariatem. Kto inny przebywałby w rozpadającej się ruderze, mówiąc do mnie jakby dobrze mnie znał?
Usłyszałam jedynie cichy śmiech, poprzedzający kolejne, równie wariackie słowa.

A czy to ci wygląda na miejsce nadające się na warsztaty? Ale nie, nie pomyliłaś się. Nieważne, przecież to właśnie zamierzałem osiągnąć – odparł, przepełniony niepokojącą dumą, co tylko upewniło mnie o jego szaleństwie. Niewiele czekając, rzuciłam się więc do ucieczki, tak jak nakazywał mi instynkt przetrwania.

Drogę zastawił mi smukły szatyn, którego chłodne, stalowoszare oczy, przywodzące na myśl zwierzę, nagle spotkały się z moimi. Jak porażona utkwiłam w bezruchu. Przez głowę przewinęła mi się absurdalna instrukcja dotycząca zachowania w razie ataku niedźwiedzia. Jak to było… należało chyba udawać martwego? Niedopuszczalne, zdać się na łaskę bestii, szczególnie gdy jest człowiekiem. Pobicie, gwałt, śmierć? Co mogło mnie tutaj czekać?
Raz jeszcze dotarł do mnie śmiech, tym razem znacznie donośniejszy.

Gwałt? Zabójstwo? Cóż za desperackie myśli, niemal jak zwierzę w klatce. Coś o tym wiesz, prawda, Sebastianie? – zapytał kompana, a ten wyraźnie się rozchmurzył. W jego oczach dostrzegłam przejaw normalności, chociaż wciąż czaiło się w nich coś dzikiego i nieokiełznanego. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Mój umysł zalała kolejna porcja szczegółów: zmierzwione włosy, ostre rysy twarzy, mocno zarysowana linia szczęki, przerażająca siła i, co jeszcze gorsze, równie przerażająca pewność siebie. Rękę opierał o framugę, tym samym blokując mi przejście. Stąd nie było ucieczki.

Tak, jest w nim więcej zwierzęcia, niż sądzisz – dodał nieznajomy, wyprowadzając mnie z zamyślenia. Na powrót dotarło do mnie, co tutaj właściwie robię i jak dziwacznej otoczki to wszystko nabrało. Jakim cudem przez moją głowę przewijało się tyle niedorzecznych myśli? Na dodatek ten podejrzany facet wydawał się znać treść moich myśli. Nie podobało mi się to nic a nic. Sytuacja była nieźle popaprana.

Kim jesteście?– zapytałam, odnosząc wrażenie, że już o to pytałam. Chyba w istocie tak było.

Jestem Gabriel, a to Sebastian, co już zresztą zdążyłaś usłyszeć – odpowiedział mi, wyraźnie rozbawiony. Tą arogancją kompletnie nie wzbudzał mojego zaufania.

Widzę, że żarty się ciebie trzymają, Adrianie. Doskonale wiesz, że nie o to mi chodziło – burknęłam, czując na sobie badawcze spojrzenie „zwierzaka”. Jak mogłam znaleźć się w takim miejscu? Zaczynałam podejrzewać, że wciąż jeszcze nie wybudziłam się z niedawno doświadczonego snu.

Oczywiście, że wiem. Nie mogłoby być inaczej. W końcu czytam w twoich myślach, czyż nie? – Usłyszawszy to, omal sama się nie roześmiałam. A więc moja diagnoza się sprawdziła. Był nawet bardziej szalony niż sądziłam!

To niedorzeczne. Wypuść mnie stąd – rzuciłam, wcale już nie żartując. Byłam gotowa to sobie wywalczyć.

Jak chcesz. Ale nie myśl, że coś nas od siebie różni. Mam nadzieję, że pewnego dnia nie obudzisz się we własnym łóżku, będąc kimś zupełnie innym. Przykro jest nie mieć kontroli nad własnymi niezwykłymi umiejętnościami – wygłosił niemal uroczystym, wszystko wiedzącym tonem kogoś, kto przeżył o wiele, wiele za dużo. Tylko, że to wcale mnie nie obchodziło. Nie podobało mi się to, co mówił. Nie podobał mi się jego cwaniacki ton głosu. A przede wszystkim, nie podobało mi się to, że jakiś szaleniec trzyma mnie siłą w starej, zapadłej ruderze.
Ta myśl dodała mi sił i jednocześnie wprawiła w gniew.

Każ się przesunąć swojemu sługusowi i daj mi odejść, albo gorzko tego pożałujesz. – Z moich ust wyszło coś, co normalnie nigdy nie miałoby miejsca. Musiałam być w skrajnej desperacji, ale nie czułam już strachu. Ani trochę.

Jeszcze tu wrócisz, to pewne. Zapamiętaj to miejsce, bo prawdopodobnie będzie to jedyna stała rzecz w twoim życiu. Wszystko inne zmieni swoje położenie, a przede wszystkim… postać. – Uśmiechnął się cynicznie, jak ktoś, kto jest absolutnie pewien swego. To rozjuszyło mnie nawet bardziej.

Spojrzałam stanowczo na torującego mi drogę mężczyznę, ale nie musiałam wcale podejmować drastycznych kroków. Odsunął się dobrowolnie, a ja wciąż jeszcze otumaniona, tuż po przekroczeniu progu drzwi, puściłam się naprzód biegiem.

Gdziekolwiek. Jak najdalej stąd. Z dala od tego szaleństwa.

Dramat? A dramat!

Czas wcisnąć tu coś, co nie znajdzie się ani w kategorii poezji, ani opowiadania, a jest to… dramat. Przynajmniej częściowo, bo właściwie to taki liryczny. Żaden ze mnie spec od dramatów, ot próba liźnięcia stylu, który jest mi na co dzień daleki. Pewnie ucieszą się ci, co lubią zamiast poetyckich drobinek przeczytać konkretny kawał tekstu. Życzę miłej lektury, wracając do znoju sesji…

***

Filozof:
Człowiek smutny, czemuż on
martwi się co chwilę wciąż?
Powód zmartwień jakiż to,
to pomaga? Daje moc?

Chór:
NIE!
Pęta jeno, pęta jeno
kysz mi smutku, epidemio!

Pesymista:
Precz debatom, filozofom,
mózg mamicie swoją mową!
Ja wiem więcej o tym świecie,
jam jest wszechwiedzące dziecię!
Dziecię mądre, dziecię smutku,
świat zaludnię pomalutku!
Nowa nacja!
Arystokracja!

Chór:
Nie ma racji, nie ma racji,
świat mieć nie chce smutnokracji!

Filozof:
I tak wśród ludzi na świecie
kiełkowało smutku kwiecię
pesymistów, ludzi smutnych,
los był wiecznie im okrutny!
Świat już wcześniej widział takich,
ludzi tęczy – różnorakich,
każdy inny, coś wnoszący,
czy to odważny, czy wzruszający.
Czymże CI ludzie się odznaczali?

Chór:
Smucili, niszczyli, demolowali!

Filozof:
Tacy to, tacy to byli,
na co spojrzeli – zaraz niszczyli.
Wszystko co złe ich winą było,
to ich właśnie – i innych – niszczyło.

Pesymista:
Głupiec, głupiec, pleciesz bzdury!
Ot, ci znawca ludzkiej natury,
toć logiczną, normalną jest rzeczą,
że ludzie złym wydarzeniom nie przeczą!
Twoja wina, jego wina, nasza!
Moja, jej, ich oraz wasza!
Starać się? A po cóż, starcze?
Toć my ludzie, a nie tarcze!
I siły przebicia brak, bo nie miecze!
Jeszcze do tego żywot się wlecze!
Nieporadni, winni, głupi, bezmyślni,
takie to myśli, nasze to myśli!
I co starcze powiesz? Czy mi zaprzeczysz?

Filozof:
Zmień boga, głupcze, to się uleczysz!
Goryczy cię przepełnia czara!

Chór:
Zgubna to wiara, zgubna to wiara!

[wchodzi Optymista]

Optymista:
Cóż ja słyszę? Mylę się może?
Mowa o smutku, strasznym potworze?

Filozof:
Dobrze to słyszysz, za dobrze aż,
swe przeciwieństwo przed sobą masz!
Powiedz mu, o zacny człowieku,
o swej historii oraz o leku.

Optymista:
Znowu? Znowu? Niewierny kolejny?
Ach już poznaję, widzę, człek chwiejny.

Pesymista:
A któż ty jesteś? Filozof następny?
Widzę masz szczęście, bo tyś jest piękny.
Są jednak ludzie wśród nas i tacy,
którym się nie wiedzie i nie mają pracy,
którzy piękni nie są, a wręcz bardzo szpetni,
znosić jednak trzeba żywot wieloletni,
choć się wciąż nie wiedzie i choć pecha mamy,
co nam pozostaje? Cóż, nie podołamy!
Takie przeznaczenie, taki pech, taki los

Chór:
Na stos ze smutkiem, na stos!

Optymista:
Druhu mój!
Zatrzymaj się, stój!
Nie wiesz, co mówisz, dobrze to znam,
dobrą Ci radę w związku z tym dam.
Sam niegdyś byłem człowiekiem smutku,
żyłem nim wciąż, a był mi trutką.
Pewnego dnia jednak zjawił się ktoś,
kto budzący pierwej wielką moją złość,
(bowiem piękny i szczęśliwy, ot, mu się udało
a mi nie, bo taki jestem, głupiec jakich mało)
uświadomił mi istotę rzeczy

Chór:
Żywot człowieczy, żywot człowieczy!

Optymista:
I zrozumiałem, otworzyłem oczy,
że choć wiele ludzi smutku drogą kroczy,
droga zła to jest, droga niewłaściwa,
zły drogowskaz, zły, tak niestety bywa.
Miast się cieszyć chwilą, widziałem te złe,
każdy, kto to przeżył, bardzo dobrze wie,
że to obezwładnia i paraliżuje,
nieustannie wraca, choć człowiek próbuje
walczyć z tym, usunąć, raz na zawsze zniszczyć,
wbrew pozorom jednak trudno jest to ziścić.

Pesymista:
To po cóż walczyć? Po cóż się starać?
Skoro to nic nie da, po cóż się tym parać?

Optymista:
Poddać się najgorszą rzeczą, jaka nam przychodzi,
z tego to jedynie smutek wciąż się rodzi!
Prędko trzeba sobie, prędko uświadomić,
że jak chcesz to zmienić, musisz sam to zrobić!
Życie nie ma sensu? Życie jest sensem!
Istotą rzeczy, nie zaś nonsensem!
Chwila? Nie męka, a coś pięknego!
Ileż to można przeżyć dobrego!
A ileż osób cudownych poznać,
ile radości w swym życiu doznać,
ile uśmiechów wokół naliczyć,
ile pewności siebie wyćwiczyć,
ile lęków jeszcze złamać,
mówić szczerze, nie zaś kłamać,
ile osób kochać, lubić,
ile melodii pod nosem nucić,
ile kwiatów okiem podziwiać,
ile dobroci wokół widywać,
ile słodkości różnych zjadać,
ile miejsc pięknych wybadać,
ile doświadczać przygód,
ile odczuwać wygód,
ile można osiągnąć w życiu,
po trosk z duszy starannym zmyciu!

Pesymista:
Ja… nie wierzę, móc tak myśleć,
koszmar musiał mi się przyśnić,
w którym życie swe marnuję,
bo je smutkiem wciąż buduję!
Czas otrzeźwieć, czas się obudzić,
czas rozweselić, trochę natrudzić,
aż wreszcie zmienić straszną tę wizję,
widząc spełnienie, nie zaś kolizję!

Filozof:
Człowiek smutny, człek niewesół,
człowiek drżący wciąż ze stresu,
człowiek klęską tak żyjący,
człowiek żyć już nie mogący,
człowiek ślepy, człowiek głuchy,
człowiek biedny, człowiek kruchy,
człowiek kaleki, człowiek niezdolny
człowiekiem ciągle, człowiekiem wolnym,
człowiekiem sukcesu, człowiekiem radości,
człowiekiem nawróconym, człowiekiem możliwości,
człowiekiem uniesień, człowiekiem chwili,
każdy nim być może, każdy, moi mili.